Kulinarny Laos – Targ w Luang Prabang

Widziałem już wiele bazarów i targowisk w różnych zakątkach świata – od marokańskich souków po andyjskie mercado central – i jedno wiem na pewno: to właśnie targowiska najlepiej opowiadają historię danego kraju. Żadna świątynia ani muzeum nie pokaże tyle, co zwykły poranny targ.

W Luang Prabang, dawnym królewskim mieście w północnym Laosie, lokalny targ to prawdziwy spektakl. Codzienny rytuał, który warto zobaczyć – i poczuć – wszystkimi zmysłami. Wystarczy pojawić się tu o świcie, kiedy miasto jeszcze przeciąga się po nocy, a w wąskich uliczkach rozkładają się pierwsze stoiska.

Nie ma tu turystycznej oprawy – to czysty, nieprzefiltrowany Laos.

Targ rozciąga się na kilku ulicach – pod daszkami z brezentu, przy murach starych domów i na ziemi rozłożonej bezceremonialnie macie. Handlują głównie kobiety – często to mieszkanki okolicznych wiosek, które przynoszą ze sobą wszystko, co udało się zebrać, złowić, upolować lub przygotować dzień wcześniej.

I naprawdę mam tu na myśli wszystko. Ryby – jeszcze żywe i pluskające w misce. Żaby – niektóre ledwo się ruszają, inne już oczyszczone i gotowe do przyrządzenia. Ślimaki, chrząszcze, larwy, a nawet szczury i chomiki – już wypatroszone, gotowe do smażenia lub grillowania.

Laos nie zna kulinarnych granic. Dla tutejszych nic się nie marnuje, wszystko jest częścią cyklu życia i kuchni. Dla nas – szokująco egzotyczne, dla nich – codzienność.

Są też znacznie przyjemniejsze dla oka i nosa stoiska. Kolorowe warzywa – całe stosy bakłażanów, papai, pędów bambusa i najróżniejszych ziół, których nie potrafię nawet nazwać. Małe, okrągłe bakłażany, przypominające zielone pomidorki. Czerwona i zielona papryka. I świeże zioła – mnóstwo świeżej mięty, kolendry i bazylii, które są podstawą tutejszej kuchni.

A do tego wszystko to, co Laotańczycy jedzą na co dzień: sticky rice sprzedawany w bambusowych koszyczkach, gotowe dania owinięte w liście bananowca, grillowane ryby, szaszłyki i słodkości robione z ryżu i mleka kokosowego.

Ten poranny targ to miejsce, gdzie można nie tylko coś kupić, ale po prostu usiąść na plastikowym stołeczku i obserwować życie. Starsza pani waży liście jakiejś rośliny, dzieci pomagają rodzicom, ktoś przynosi w koszyku na głowie jeszcze parujące pierożki. Pachnie intensywnie – raz ziołami, raz rybą, raz czymś, co trudno opisać. Czasem zaskakująco przyjemnie, czasem wręcz przeciwnie.

To nie jest targ „dla turystów”. Nikt nie woła, nie nagania. Można się po prostu zanurzyć w tym świecie – jak w scenie z filmu dokumentalnego. Obserwować, chłonąć, fotografować.

I choć nie wszystko miałem odwagę spróbować – nie ukrywam, niektóre smaki zostawiłem dla bardziej odważnych – to sam kontakt z tą codziennością, bez lukru i opakowania, był niesamowitym doświadczeniem.

Laos od kuchni to kraj surowy, prosty, ale prawdziwy. Targ w Luang Prabang pokazał mi więcej niż niejeden przewodnik. Smakował intensywnie – nie tylko jedzeniem, ale całym klimatem miejsca, którego nie da się podrobić

W Luang Prabang jedzenie to nie tylko smak, ale cała opowieść – o ludziach, zwyczajach, szacunku do natury i prostym podejściu do życia. Nie wszystko trzeba od razu próbować. Ale wszystko warto zobaczyć. I poczuć.

Nocny targ i smaki na talerzu

Kiedy słońce powoli chowa się za wzgórzami, a na Mekongu kończy się ruch łodzi, Luang Prabang zaczyna żyć nowym rytmem. Miasto zmienia tempo – ulice się uspokajają, a w ich miejsce pojawia się światło lampionów, zapach grillowanego mięsa i odgłos stukających patyczków bambusowych.

Nocny targ w Luang Prabang to zupełnie inna historia niż poranne targowisko. Mniej surowa, bardziej kolorowa, momentami wręcz przyjazna dla turysty – ale wciąż bardzo autentyczna.

Targ rozkłada się codziennie wieczorem przy głównej ulicy (Sisavangvong Road) i ciągnie się aż do wzgórza Phousi. Znajdziesz tu nie tylko jedzenie, ale też lokalne rękodzieło, tekstylia, biżuterię i ceramikę – wszystko w duchu laotańskiej prostoty.

Ale ja, jak zawsze, kieruję się w stronę jedzenia.

Kolejna odsłona to wieczorny bazar kulinarny, gdzie z zakupionych o poranku produktów lokalni kucharze przygotowują wspaniałe potrawy – wiem co mówię bo próbowałem:) . Po zmroku jedna z uliczek w centrum miasta zamienia się w jedną wielką jadłodajnię…

Z jednej z bocznych uliczek dochodzi mnie znajomy zapach grillowanych ryb i przypraw. To właśnie tam, w cieniu świątynnych murów, znajduje się kulinarne serce nocnego targu – food alley. Rząd za rzędem straganów, niskie stoły, plastikowe stołeczki i wielki wybór dań. Dla 10–20 tysięcy kipów (czyli równowartość kilku złotych) można tu skomponować sobie niezły festiwal smaków.

Są klasyki kuchni laotańskiej – laap (czyli sałatka z mielonego mięsa z ziołami i limonką), mok pa (ryba gotowana na parze w liściu bananowca), zupy z makaronem, szaszłyki z kurczaka, kiełbaski, spring rollsy. Do tego smażone warzywa, tofu, ryż kleisty i słynne laotańskie naleśniki bananowe. Wszystko robione na oczach gości, podawane szybko i bez zbędnego ceremoniału.

A dla odważnych – również to, co widziałem wcześniej rano: grillowane owady, żaby, nawet małe gryzonie czy ptaki. Dla Laotańczyków to nic niezwykłego. Po prostu część diety. I choć sam ograniczyłem się do bezpieczniejszych opcji, muszę przyznać – wiele z tych potraw wyglądało naprawdę dobrze. Nawet jeśli trochę dziwnie.

DSCN1666

Wieczór najlepiej zakończyć w jednej z tutejszych restauracji. Luang Prabang ma kilka naprawdę ciekawych miejsc, które łączą lokalną tradycję z delikatnym ukłonem w stronę gości z Zachodu. Ponadto mnóstwo różnorodnych warzyw i ziół wyeksponowanych jak w najbardziej luksusowym warzywniaku 🙂

Po wspaniałej uczcie zakrapianej lokalnym piwem można ruszać na dalszą eksploracje okolicznych uliczek gdzie po zmroku mieszkańcy okolicznych wiosek rozkładają swoje stragany z rękodziełem

Chcesz być na bieżąco z moimi podróżami i fotograficznymi przygodami? Dołącz do newslettera Mojepodrozezaparatem i zyskaj dostęp do inspirujących historii, wyjątkowych zdjęć i praktycznych porad prosto z drogi!

1 Comment

  1. Kaśka

    Mam gęsią skórę jak patrzę na zwierzęce truchełka i mimo, że i tą odmienność to wolę te cudne, kolorowe, świeżowyglądające warzywa. To prawda: niby warzywa podobne do naszych ale ich ekspozycja … jak dzieło sztuki. Ciekawe czy to lokalny marketing, zabawa czy po prostu wyraz miłości i szacunku do darów Ziemi, tak skąpych w niektórych miejscach.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Polecane

×